Sorry, taki mamy klimat w ochronie…

Ochrona to sektor prywatny, rozdrobniony i łatwy do pacyfikacji kontrolami z ramienia MSW i Policji. Nikt urzędnikom się nie postawi. Są bezkarni i to działa na ich kreatywność. Czego by nie wymyślili, mogą to w spokoju realizować, jak nie przymierzając zrobił Pan minister Gowin swoją deregulacją. Przez 25 lat nie potrafiliśmy usadowić w Sejmie kandydata branżowego, który by powalczył w interesie ochroniarzy.

Z Krzysztofem Witulskim, redaktorem naczelnym Ogólnopolskiego Magazynu Zawodowców OCHRONIARZ – rozmawia Anna Ruszczyk z GAZETY ŚLEDCZEJ.


Czy taki zawód ochroniarza formalnie istnieje? Jakie kwalifikacje trzeba posiadać, by wykonywać zawód pracownika ochrony? I czy są odpowiednie regulacje z nim związane?

Oczywiście, ten zawód istnieje formalnie. Minister Pracy, Płacy i Polityki Socjalnej, bodajże w 1998 roku, umieścił nas w wykazie zawodów RP pod numerem 5160401 i urzędową nazwą: „Agent ochrony osób imienia”. Obecnie, w aktualnym rozporządzeniu Ministra Pracy i Polityki Społecznej z dnia 7 sierpnia 2014 r., ta profesja występuje pod numerem 541307 i już nieco zmienioną nazwą jako „Pracownik ochrony fizycznej”. Jeśli chodzi natomiast o kwalifikacje, trzeba to stwierdzić z żalem, że do pracy w ochronie nie są one wymagane. Wystarczy szczera chęć, a w przypadku pracy w SUFO, czy nawet w WSO jedynym wymogiem formalnym, jest brak wyroku skazującego za przestępstwa umyślne. I tyle. Jak zgrabnie ujął to ustawodawca, można być osobą: „wykonującą zadania ochrony, w zakresie niewymagającym wpisu na te listy (KPOF)”. Są oczywiście obiekty np. podlegające obowiązkowej ochronie, gdzie wymagane są określone kwalifikacje jak np. funkcjonujący po deregulacji tzw. wpis na listę Kwalifikowanych Pracowników Ochrony Fizycznej, ale jest dominująca olbrzymia „szara” strefa, gdzie ochroniarzem może być każdy, wzięty po prostu z ulicy. Nawet szympans, jak to określił w dyskusji ze mną, właściciel jednej z firm ochrony. Na pracę ochroniarzy ma wpływ szereg ustaw, ale głównie reguluje ją najważniejsza, notorycznie poprawiana i zmieniana od czasu powstania, „Ustawa o ochronie osób i mienia” z 22 sierpnia 1997 roku. Od 1 stycznia 2014 roku, obowiązująca w nowym brzmieniu wymuszonym deregulacją.

Ustawa o ochronie z 1997 roku, nieco uporządkowała rynek ochrony?

Oczywiście, ale była od początku zrobiona mało profesjonalnie, pełna różnych nieprzemyślanych postanowień i bez jakiejkolwiek spójnej wizji tak, że w zasadzie gdy tylko została opublikowana wraz z przepisami wykonawczymi, od razu trzeba było ją zmieniać i modyfikować, bo znacząco odstawała od realiów. I ten stan permanentnej naprawy trwa do dzisiaj. Ustawa była ewidentnie robiona przez policjantów dla policjantów, przyznając im, w mojej ocenie, nieuprawnione przywileje, a nadto wspierała aktywnie kolegów z milicji bo stanowiła, że aby otrzymać licencję pierwszego stopnia, wystarczy okazać dokument potwierdzający ukończenie resortowej szkoły podoficerskiej. Ale nikt przy tym nie zaznaczył rocznika ukończenia takiej szkoły, więc licencje w 2000 roku mogli otrzymać bezproblemowo także ci, którzy ukończyli pierwsze szkoły milicji w 1945 roku. Dodam tylko, że m.in. pierwsze strzelby gładkolufowe wprowadzono do jednostek policji około roku 1990, a mimo to wszyscy, którzy kończyli służbę wcześniej (a i potem) i nie widzieli ich nawet z bliska, obligatoryjnie mieli znajomość posługiwania się nimi zaliczoną, otrzymując licencję. Jednocześnie innych mundurowych goniono radośnie na strzelnicach. Wprowadzono też nieodpowiedzialne określenie „pojazd przystosowany do przewozu wartości”, w którym głównym elementem adoptującym auto osobowe do konwojowania np. bardzo dużej gotówki, było trwale przymocowanie stalowego pojemnika lub walizki na wartości, do elementów podwozia. Samochodem przystosowanym mógł być każdy pojazd, bo ustawodawca nawet nie określił ile drzwi powinien posiadać. Wykazaliśmy empirycznie, że może nim być Fiat 126p albo Trabant i będzie to zgodne z obowiązującą literą prawa. Ustawodawca skupił się tylko na pseudo ochronie wartości, a zupełnie nie martwił o zabezpieczenie konwojentów. I takim pseudo pojazdem, można było wozić od 1 do 20 jednostek obliczeniowych, czyli bardzo duże kwoty. Takich przykładów mógłbym podać więcej, ale te najjaskrawiej pokazują skalę niekompetencji osób tworzących ten bubel prawny. Potem było tylko gorzej, gdyż ustawa była co rusz modyfikowana, zmieniana i przerabiana. Rzadko z pozytywnym skutkiem.

Czy każdy pracownik zajmujący się ochroną powinien posiadać licencję pracownika ochrony?

W mojej ocenie i stwierdzam to kategorycznie, tak! Jakąś piramidalną niekompetencją i brakiem wyobraźni decydentów jest okoliczność, że w ochronie pracuje ktoś, kto nie został wcześniej wstępnie sensownie zweryfikowany. Przynajmniej elementarnie. W mojej ocenie każda osoba pracująca w ochronie, powinna posiadać jako wymóg formalny niedrogą licencję podstawową, gdzie obowiązkowe byłyby tylko trzy obszary pozwalające jej na pracę w branży: znajomość teoretyczna „Ustawy o ochronie osób i mienia” w ramach około 8 godzinnego szkolenia teoretycznego, kwalifikacje psychiczne, poświadczone pieczątką psychiatry - psychologa i weryfikacja policyjna odnośnie niekaralności i nieposzlakowanej opinii w miejscu zamieszkania. I to nie tylko samej karalności ale też wykorzystując np. kartotekę osób poszukiwanych listem gończym. To powinno być punktem wyjścia do jakiejkolwiek rozmowy. Reszty można się douczyć później. Analogicznie powinni być weryfikowani cudzoziemcy chcący pracować w ochronie, ale jak to zrobić, wobec zalewu Europy nieweryfikowalnym tłumem, tu już nie bardzo wiem? Obecny stan jest nieco kryminogenny. Czy osoba niezrównoważona psychicznie ochraniająca np. hipermarket, może być sytuacją normalną z punktu widzenia bezpieczeństwa? Przecież tego nikt nie sprawdza. Albo nafaszerowany sterydami osiłek pilnujący dyskoteki, odreagowujący problemy organizmu poddanego dużym przeciążeniom, nie tylko fizycznym? Nie generalizuję, ale znam temat od strony praktycznej i wiem doskonale, że na bramkach stoją także ludzie próbujący odreagować nadmiar anabolików, mający wyroki, handlujący narkotykami, nie potrafiący poradzić sobie z własną agresją, wymuszający haracze, dorabiający sobie jako windykatorzy, a także notorycznie naruszający czyjąś cielesność street fighterzy itd. I nikomu taka sytuacja w ogóle nie przeszkadza. Takich pracowników ochrony, ustawodawca nawet nie starał (i nadal nie stara) się zauważyć. A oni są, kroniki kryminalne i pierwsze strony tabloidów są ich pełne, bo to ci ludzie tworzą w większości przypadków czarny pijar branży. I co najważniejsze, mimo różnych, często niskich kompetencji, są zatrudniani aby zapewnić bezpieczeństwo uczestnikom imprez.

Jakiś czas temu czytałam, że na bramkach często stoją policjanci – byli jak i obecni – którzy nie dość, że dorabiają sobie do pensji to jeszcze „ochraniają” interesy właściciela klubu.

To, że mundurowi stoją na „bramkach”, to sprawa dość powszechna. Nie robiłbym jednak z tego zagadnienia, każdy przecież chce sobie legalnie dorobić. Nie jest to oczywiście sprawa jednoznaczna etycznie, że ktoś zatrudniony np. w policji, wykorzystuje swoją legitymację do zapewnienia bezpieczeństwa jakiemuś prywaciarzowi. Ale z drugiej strony, dlaczego w czasie wolnym nie może sobie pracować stojąc także na straży bezpieczeństwa, jeśli czas i siły mu na to pozwalają i nie ma to negatywnego wpływu na jego służbę w resorcie? Poza tym, taki policjant poznaje swój rejon i jego mroczne strony, nabiera doświadczenia w konfrontacjach ulicznych itp. Nie każdy w końcu mundurowy się do tego nadaje, rzekłbym zdecydowana mniejszość. Poziom sprawności fizycznej w policji zdaje się być żenujący. Niedawno otrzymałem dane dotyczące zdawalności egzaminu z wychowania fizycznego policjantów z Wydziału Postępowań Administracyjnych w Krakowie. Siedemdziesiąt procent ledwo zdaje go na ocenę dostateczną, a niektórzy w ogóle go nie zdają i to regularnie od co najmniej pięciu lat. Dlatego, jak się jakiś rodzynek bardziej sprawny fizycznie trafi, niech się wykazuje na ulicy. Poprawi przynajmniej zamiast statystyk, wizerunek policji. Problem zaczyna się tylko wówczas, gdy skuszony lepszą kasą, przejdzie na „ciemną stronę mocy”. A o to jest bardzo łatwo. Dyskoteka, czy jakiś klub, to z punktu widzenia ochrony takie ścieki, gdzie poza zwykłą klientelą, spływają nocą wszelkie brudy miasta. Przyjdzie tam sutener, złodziej, prostytutka, diler narkotyków, chłopaki z półświatka, itp…Można bardzo łatwo przekroczyć cienką czerwoną linię, bo pensja państwowa jednak nie jest aż tak wysoka, żeby młody mundurowiec umiał się oprzeć pokusom, a o takich tu głównie, młodych ludziach, mówimy.

Czy pracownicy ochrony mają powody do obaw, że niebawem zostaną wymienieni na pracowników – obcokrajowców?

Oczywiście! Odnotowuję coraz więcej ogłoszeń mówiących o tym, że firma przyjmie cudzoziemców z komunikatywnym polskim do hipermarketów albo biegłym angielskim, przy ochronie np. biurowców. Powiedziałbym, że jest to proces nieunikniony. Dlaczego? Dlatego, że podstawą działalności firm ochrony jest ZYSK, a nie bezpieczeństwo. To są podmioty mające za zadanie generować określoną rentowność, w segmencie prywatnego bezpieczeństwa. Ludziom niezorientowanym wydaje się, że firma ochrony powstała po to, aby otoczyć ich czułą opieką. Nic bardziej mylnego, to jest tylko hasło marketingowo - reklamowe. Zresztą proszę się rozejrzeć wokół, czy w Pani opinii ci ochroniarze, których Pani spotyka na co dzień, są w stanie choćby samego siebie ochronić, że o innych nie wspomnę? Pytanie jest retoryczne. Stąd tyle jest w ochronie osób, które nie powinny się tu nigdy znaleźć. Rolą pracownika jest jedynie zapewniać rentowność agencji, najlepiej poprzez to, że będzie tani, a nie dlatego, aby komukolwiek zapewniał bezpieczeństwo. Czy osoba niepełnosprawna może być dobrym ochroniarzem? Właściciel firmy powie, że może i znajdzie jakieś obszary gdzie ją zagospodaruje, choć dobrze wie, że to nonsens.

Dlaczego?

Bo na każdym niepełnosprawnym zarobi. Zły system wsparcia niepełnosprawnych powoduje, że beneficjentem niepełnosprawności jest firma tworząca miejsce pracy a nie niepełnosprawny, który w najlepszym przypadku ma najniższą krajową. Obecnie ten system doprowadził do tego, że branża jest zdominowana przez osoby niepełnosprawne, jako najbardziej rentowne dla właścicieli. Przytoczę kilka istotnych danych z PFRON, bo chyba nie wszyscy zdają sobie sprawę ze skali tego zjawiska. W roku 2014 r, w firmach ochrony było zatrudnionych 94 tysiące niepełnosprawnych i uwaga (!!!) ponad 25 tysięcy (dokładnie 25,400 tyś ) niepełnosprawnych, posiadających tzw. „schorzenia specjalne”. Najbardziej preferowane, jako, że wspierane największymi kwotami refinansującymi z PFRON.

Co się kryje pod nazwą „schorzenia specjalne”?

„Schorzenia specjalne” to epilepsja, niedorozwój umysłowy, choroba psychiczna, ociemnienie. I ponad dwadzieścia pięć tysięcy takich „paraochroniarzy”, biega w mundurkach z napisem „Security”. Oczywiście pewien procent z tych danych dotyczy osób sprzątających, ale nie stanowią one więcej niż 10 % z tej liczby. A to dopiero część paranoi w branży ochrony. System jest wadliwy, ale to olbrzymie pieniądze m.in. dla firm ochrony, więc wszyscy doją państwo jak mogą i dopóki mogą. Tylko w 2014 roku, firmy ochrony z tytułu zatrudniania niepełnosprawnych otrzymały z PFRON do podziału kwotę 919 394 963, 44 zł czyli, blisko MILIARD złotych. Nikt tego bez walki nie odda, więc ten system ma się dobrze i jeszcze długo będzie tak funkcjonował. Korzystając z okazji przedstawiam czytelnikom „Gazety Śledczej” pierwszą dziesiątkę największych beneficjentów zatrudniania niepełnosprawnych w branży ochrony za rok 2014:

OZON GROUP sp. z o.o. (Impel) 26.241.881.89 zł,
KONSALNET OCHRONA sp. z o.o. 23.757.236.68 zł,
ASISTNET sp. z o.o. 22.533.086.92 zł,
P.P.U. CZA-TA Niciak s.j. 18.510.621.06 zł,
P.U. JAREXS sp. z o.o. 18.299.369.70 zł,
ASISTNET POŁUDNIE sp. z o.o. 17.309.170.15 zł,
IMPULS sp. z o.o. 14.676.301.08 zł,
JANTAR 2 sp. z o.o 14.422.127.18 zł,
SOLID sp. z o.o. 14.389.970.01 zł
ERA sp. z o.o. 13.070.872.47 zł


To ciekawe, wie Pan zapewne, kto utworzył firmę Konsalnet? Przy okazji warto wspomnieć, iż w tym roku podczas Gali Lodołamacze 2015 miało miejsce wręczenie odznaczeń państwowych, statuetek i medali osobom oraz instytucjom zmieniającym postrzeganie niepełnosprawnych na rynku pracy. W gronie uhonorowanych znalazł się Prezes Zarządu spółek Konsalnet Security sp. z o.o. oraz Konsalnet Ochrona sp. z o.o. Pan Tomasz Wojak, którego odznaczono Brązowym Krzyżem Zasługi. Zatem Pana zdaniem zmieniają „postrzeganie niepełnosprawnych” na rynku pracy czy też nie? I czy odznaczenie jest zasłużone?

Znam osobiście ojców - założycieli Konsalnetu i wiem na jakich placówkach dyplomatycznych w USA pracowali w latach 80 – tych (śmiech), ale ta firma już się przegrupowała sprzedając innym. Pan prezes Wojak był wcześniej dyrektorem Konsalnetu w Toruniu i ponieważ bardzo dobrze tam sobie radził, robi karierę w strukturach firmy. Czy zasłużył na odznaczenie? Osobiście uważam, że te Krzyże Zasługi to jakaś kpina! Ale są na to pieniądze, wiele osób przy PEFRON-ie się pożywia, (wyżej podaję przecież, ile tylko sam Konsalnet - Ochrona otrzymał w jednym roku) więc czemu nie przyznawać poza pieniążkami, jednocześnie orderów państwowych? Jak widać, państwo systemowo funduje prywaciarzom jedno i drugie z pieniędzy podatników, więc dlaczego na tym nie skorzystać? Jako dodatkowy bonus można jeszcze dumnie wystawić piersi po ordery w świetle fleszy! Taka wersja all inclusive z budżetu dla bardziej operatywnych. Gala dekoracyjna bardzo fajnie się sprzedaje medialnie: niepełnosprawny i czuły na jego los pracodawca. Nie wiem jaka była intencja i kto podpisał się pod wnioskiem o te krzyże, bo niepełnosprawny w mundurku ochroniarza ma wyłącznie negatywne konotacje, a ponieważ najczęściej zabiera przy okazji pracę pełnosprawnym, wzbudza jeszcze nienawiść tych ostatnich. Wystarczy poczytać sobie fora ochroniarskie czy komentarze na facebooku, gdzie większość zieje niepohamowaną nienawiścią do tej grupy, bynajmniej nie mając za złe komukolwiek niepełnosprawności. Ale z drugiej strony, gdyby nie branża ochrony w Polsce, to nigdy bym się nie dowiedział, że mamy w Polsce aż tylu niepełnosprawnych… To jest chyba skala zjawiska, nie występująca w żadnym innym kraju na świecie.

Jak wygląda kwestia szkoleń pracowników (obowiązkowych jak i doskonalących umiejętności)? Czy przechodzą szkolenia z zakresu pierwszej pomocy medycznej, szkolenia strzeleckie, szkolenia związane z ochroną obiektów, postępowaniem z tłumem itp.?

Mamy do czynienia z sektorem prywatnym, więc poza małymi wyjątkami, nikt sobie głowy tym nie zawraca. O ile kontrahent nie wymusi tego stosownymi zapisami w umowie o usługę ochronną na danym obiekcie - firma sama z siebie, woli pieniędzy na to nie wydawać. Mówiąc delikatnie, kwestia szkoleń nie wygląda najlepiej. Pewien procent, ale to naprawdę mały odsetek ochroniarzy, inwestuje w siebie i we własnym zakresie kończy różne kursy PPP, walki wręcz, strzelania, taktyki i techniki interwencji, przeciwdziałania terroryzmowi. Pracownik kwalifikowany w zasadzie spotyka się z tym tylko podczas szkoleń na KPOF, potem już zjawisko występuje śladowo. Pracownik niekwalifikowany w firmie ochrony raczej tego z bliska nie zobaczy, co nie znaczy, że gdzieś to nie występuje. Odnotowałem przykłady, gdzie wykorzystywało się jakieś fundusze unijne i organizowano szkolenia z PPP, ale bardziej chyba jeszcze zarabiając na nich, niż faktycznie organizując je celem podniesienia czyichś kwalifikacji w tym zakresie. Strzelania regularne, to jest sprawa incydentalna. Ale z drugiej strony, w firmach ochrony jest stosunkowo dużo jednostek broni palnej, bo według danych na dzień 31 grudnia 2014, w SUFO mamy 23142 sztuki broni a w WSO 2617 egzemplarzy. Razem daje to sporą liczbę 25759 sztuk. Czyli statystycznie, istnieje olbrzymie ryzyko, że ktoś, kto tą bronią się niezbyt umiejętnie posługuje, może stać się jej ofiarą. U nas tradycyjnie Polak przed szkodą i po szkodzie głupi. Wynika to z generalnej zasady, że bezpieczeństwo zawsze przegra z oszczędnością.

Wspomniał Pan o strzelaniu i obsłudze broni. Przypomniał mi się jeden z dokumentów, pismo z Komendy Wojewódzkiej w Gorzowie Wielkopolskim „z policjantami wszystkich rodzajów służb przeprowadza się nie rzadziej niż raz w półroczu przynajmniej jedno z wymienionych strzelań programowych z broni krótkiej: strzelanie szybkie 6 szt. amunicji, strzelanie dynamiczne 8 szt. amunicji, strzelanie sytuacyjne 2 szt. amunicji” Z ogłoszeń o pracę wynika, że agencje ochrony chętnie zatrudniają byłych funkcjonariuszy. Z czego to wynika? Z cennego doświadczenia zawodowego?

Firmy ochrony jeśli zatrudniają policjantów to głównie z uwagi na ich status emeryta i wcześniejsze prześwietlenie zawodowe. Powierzając komuś pracę przy pieniądzach, dobrze jest wiedzieć, skąd się wziął. Praca policjanta ma bardzo niewiele wspólnego z pracą ochroniarza w odróżnianiu od np. pracy detektywa. Zresztą, wiedzę fachową panów policjantów w zakresie ochrony wielokrotnie weryfikowałem i okazywało się, że mimo posiadania licencji drugiego stopnia (którą wszyscy po szkołach oficerskich policji dostawali obligatoryjnie) często nawet nie byli w stanie zrobić na sensownym poziomie banalnego planu ochrony. Z umiejętnościami strzeleckimi jest podobnie. Generalnie policjanci nie potrafią strzelać. Najczęściej limity przydziału amunicji wykorzystują chłopaki z AT albo jakieś odosobnione przypadki młodych, mundurowych pasjonatów. Reszta stara się omijać strzelnicę i nie obciążać żelastwem. Dlatego szczytem tupetu było egzaminowanie byłych wojskowych ze strzelań w ramach kursów na licencje. W mojej opinii, to był afront.

Dlaczego?

Pani Redaktor, dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, jako oficer „Czerwonych Beretów” przez cztery lata, podczas swojej służby zawodowej w pododdziale desantowym, szkoliłem spadochroniarzy kompanii szturmowej. Tutaj się bynajmniej nie chwalę, bo każdy z nas jako żołnierz zawodowy, robił to samo. Szkoliłem moich żołnierzy w posługiwaniu się bronią w dużo szerszym zakresie niż robiła to i robi większość policjantów. Przerabiałem z nimi strzelanie z wszystkiego, co było na wyposażeniu kompanii: od pistoletów maszynowych po granatniki ppanc. a także kompanijną artylerię czyli, wówczas były to działa bezodrzutowe SPG 9D i moździerze 82 mm. Strzelaliśmy do celów stojących i w ruchu. Pojedynczym ogniem i seriami. Szkoliliśmy w różnych warunkach terenowych, różnych porach roku, przy różnym oświetleniu, także nocą, na mrozie i w upale, na różnych dystansach i po sprowokowanym, dużym wysiłku fizycznym, jak to w desancie. Zgrywaliśmy plutony i kompanię, która wspólnie prowadziła ogień w obronie i w natarciu. Rzucaliśmy grantami itp. Wszędzie mieliśmy wyśrubowane procedury bezpieczeństwa, które przestrzegaliśmy jak inni Dekalogu… I teraz jakiś policyjny „ekspert: z policyjnej (najczęściej zadaszonej) strzelnicy, będzie mnie egzaminował ze strzelania i posługiwania się bronią? Dla mnie to jest jakaś kpina! A takich jak ja, są tysiące, wielu z doświadczeniem bojowym i wszystkim im ciśnienie skacze, jak o tym pomyślą. Nie wiem, czy Pani zauważyła tą subtelność, którą pragnę tu podkreślić. Ustawodawca zrównał żołnierzy zawodowych z osobami, które nigdy w życiu nie miały broni w ręku! I my i oni musieliśmy zdawać te same egzaminy… Nie oceniam jednakowo wszystkich policjantów i nie dzielę ich na lepszych czy gorszych ochroniarzy. Uważam tylko, że to wojsku należą się większe preferencje przy pewnych elementach tego zawodu. Zatrudnianie policjantów w firmach ochrony, dla wielu szefów firm jest obarczone jeszcze tym ryzykiem, że pan policjant nigdy nie traci, przynajmniej sentymentalnego kontaktu ze swoją byłą firmą czyli, zawsze może być wykorzystany przez kolegów z resortu jako wywiadownia, nie tylko gospodarcza. Znam wielu, naprawdę wielu szefów firm, którzy nigdy nie zatrudniają byłych policjantów, bo jak twierdzą na bazie swoich doświadczeń, oni im we własnej firmie za bardzo patrzą na rączki i nigdy nie są do końca pewni, czy za chwilę nie staną się dla nich konkurencją, podbierając część obiektów… Ale może to tylko złe języki (śmiech), a zdecydowana większość walczy o to aby zatrudniać policjantów? Na pewno nie traktują ich źle w dużych korporacjach.

Jakie Pana zdaniem kwalifikacje i umiejętności powinni posiadać pracownicy ochrony? A jak jest faktycznie?

Ochrona, bez względu na to jak się u nas zdegenerowała, jest służbą emergencyjną (ratowniczą) i tak powinna być postrzegana w społeczeństwie. Ma służyć pomocą i wsparciem. Niestety, ma taki pijar jak swoje mało przyjazne mundurki. Nie wiem dlaczego większość firm upiera się przy czarnym kolorze? Przecież ten kolor ma tylko negatywne konotacje.

Czarne mundury noszą kominiarze, a zwłaszcza ci oferujący kalendarz na Nowy Rok już na początku września. Wracając jednak do pytania o pracownika ochrony...

Pracownik ochrony przede wszystkim powinien budzić zaufanie, a do tego mu daleko. Mamy głównie takich, którzy wzbudzają litość, współczucie, irytację, albo takich, których sam wygląd sprawia, że ludzie zwyczajnie się ich boją. Ciężko to obecnie zmienić, ponieważ osoby, które nie miały do czynienia z mundurem, źle rozumieją swoją rolę, gdy już się w niego wcisną. W mojej ocenie, ochroniarz powinien przede wszystkim poznać i zapamiętać trzy magiczne słowa z klasycznej książeczki dla dzieci: Proszę – Dziękuję – Przepraszam. Od tego bym zaczął, a potem rozwijając ten temat, nieco przestawił sposób myślenia ochrony i o ochronie. U nas ochroniarza (nie wiedzieć czemu?) stawia się w roli siły ofensywnej: uczy go strzelać, walczyć wręcz, używać gazu, paralizatora, tonfy, zajechać z piskiem opon pod obiekt w ramach grupy interwencyjnej, pacyfikować, itp. Uważam, że to wszystko jest fajne, tylko powinno być wtórne. Najpierw umiejętność profesjonalnego udzielania pierwszej pomocy, znajomość języków obcych (także np. rosyjskiego), podstawowe umiejętności interpersonalne w zakresie komunikacji i rozwiązywania konfliktów, uśmiech, życzliwość, wsparcie, służba informacyjna, umiejętność przeciwdziałania panice, pracy w stresie, kierowania ruchem podczas ewakuacji obiektu itp. A dopiero potem strzelanka, groźne miny, prężenie bicepsów. Oczywiście rozumiem, że trudno o uśmiech na umowie śmieciowej za 5 zł na godzinę, gdy tyra się w pracy na okrągło, aby związać koniec z końcem, ale nie widzę tego inaczej. Bez tego ochroniarz zawsze będzie sam skazany na ostracyzm społeczeństwa, bo nie dość, że biedak, to jeszcze mało życzliwy ludziom.

Kilka lat temu zakupiłam za 13 złotych „Katechizm ochroniarza”, bynajmniej nie po to, ażeby się modlić, choć Kto wie? W załączniku mówiącym o minimalnym zakresie programów kursów dla osób ubiegających się o licencję pracownika ochrony fizycznej drugiego stopnia wymieniono m.in.: wybrane zagadnienia psychologii i socjologii pracy, wybrane zagadnienia kryminologii i kryminalistyki, a także kwestie prawa cywilnego, karnego, handlowego, finansowego oraz zagadnienia z ekonomii. Czy i kto według Pana wiedzy realizuje takie kursy, kim są wykładowcy, instruktorzy?

Widziałem ten katechizm, ale mam światopogląd materialistyczny, więc go nie czytałem (śmiech). Pewnie może się przydać, żeby ochroniarz miał kogo poprosić o pomoc w przetrwaniu do kolejnej wypłaty. A wracając do Pani pytania. Podstawa programowa na licencję zarówno drugiego jak i pierwszego stopnia została nie wiedzieć dlaczego, strasznie rozbudowana. Wiele tematów dla ochroniarza było zbędnych, wiele go nie dotyczyło, a jeszcze więcej, ponieważ się z nimi nie spotykał w codziennej pracy, bardzo szybko zapomniał. Teraz, przy KPOF to nawet nikt nie będzie się wysilał, żeby się uczyć, bo mamy egzamin wewnętrzny. Tworzymy zwykłą iluzję jakichś „kwalifikacji” zawodowych. Poza tym gdzie ochroniarz będzie miał do czynienia z kryminalistyką, kryminologią, że o kwestiach biznesowych nie wspomnę? Po co mu znajomość zasad prowadzenia własnego biznesu? Ilu wcześniej tych z „dwójką” otwierało potem własne biznesy? A nawet jeśli, to gdy ochroniarz będzie chciał założyć swój biznes, sam zatrudni fachowca, który mu w tym pomoże. Po co Państwo pchało się i nadal pcha się w prostą relację między zleceniodawcą i zleceniobiorcą i ustala odgórnie jak powinno wyglądać prowadzenie prywatnego biznesu? Tu występuje bardzo prosty układ dotyczący trzech podmiotów: zleceniodawca, zleceniobiorca i wykonawca. Jak sobie tego zażyczy kontrahent i stosownie do tego zapłaci, to szef firmy znajdzie mu komandosa z GROM. A jak nie, to niepełnosprawnego ciecia. Rolą państwa jest tutaj tylko wstępna selekcja, określająca zdolność do pracy, a nie rozdmuchiwanie podstawy programowej żeby była bardziej naukowa. Ktoś tu z góry narzuca swoją wizję świata, a to się zwykle nie sprawdza. Wracając do wykładowców, to są nimi w większości przypadków byli mundurowi i osoby pozyskane do ośrodków z kręgów prawniczych, medycznych i walki wręcz. Ale to było dawno. Obecnie już tak się nie trzeba wysilać. To teraz jest bez znaczenia. Ochroniarzy na kursach nie szkolą generalnie ochroniarze, więc czego by tam teraz nie uczyli, to jest to często abstrakcyjne teoretyzowanie pod określoną, mało realistyczną podstawę programową. Dla ochroniarza najważniejsze jest przygotowanie do pracy w określonym rodzaju obiektu i tego powinien się uczyć. Żeby pracować np. w takim hipermarkecie, należy być doskonałym fachowcem, a nie osobą braną z ulicy, bo robota niewdzięczna, odpowiedzialna i nie ma na nią chętnych. Nie chcę tu rozwijać oczywistych oczywistości ale zbiorowisko różnych ludzi, to nie tylko kradzieże ale i potencjalne zamachy terrorystyczne, ewakuacje obiektu, przypadki zasłabnięcia, agresji, rozmowy z nerwowym klientem. To wszystko wymaga doświadczenia i wielu umiejętności, szczególnie opanowania i pracy w permanentnym stresie, bo bywa, że dziennie ciśnienie podniesie nam nie jeden, niezadowolony z funkcjonowania dużego sklepu klient, tylko wielu… A to ochroniarz prawie zawsze bierze „na klatę” ten impet frustracji. I co z nim zrobić? Jak odreagować, albo rozwiązać problem, nie będąc do tego stosownie wcześniej przygotowanym? Intuicyjnie? Czy „z buta”?

Miał Pan kiedyś wrażenie, że jest Pan śledzony przez sklepowego ochroniarza? Zapytam wprost: czy czuł się Pan kiedykolwiek jak złodziej? Zdarza mi się robić zakupy w Biedronce, w godzinach, gdy w sklepie są pustki, a pomimo tego, ochroniarz pojawia się tam, gdzie ja. Przypadek? Nie wiem, ale sytuacja jest niekomfortowa…

Często. Wyglądam widocznie podejrzanie (śmiech). Ale jak mówiłem wcześniej, to zwyczajny brak profesjonalizmu. Do ochrony Biedronki jak i innych sklepów wielkopowierzchniowych biorą każdego Kowalskiego z ulicy. Dobrze, jak chociaż sprawdzą, czy nie jest karany. Wystarczy zatrudnić się przed świętami na kilka dni i całą rodzinę można nakarmić, bo zaprosi się ich na „zakupy” i jeszcze samemu pokaże gdzie nie patrzą kamery (śmiech). Ochroniarz w dyskoncie jest jeden na zmianie. Polecam tą taktykę mniej zamożnym. Można zafundować rodzinie bogate święta i jeszcze zarobić w firmie za „pilnowanie”. Zorientują się dopiero przy najbliższej inwentaryzacji (śmiech). Sorry, taki mamy klimat w ochronie…

Jakie sygnały do Pana docierają od pracowników ochrony? Czy są oni zadowoleni z aktualnej sytuacji na rynku ochrony, czy też są niezadowoleni i chcą walczyć o swoje prawa?

Generalnie panuje nastrój zniechęcenia, marazmu i jednocześnie pewnego oczekiwania na noworoczne ozusowanie umów cywilno-prawnych. Natomiast w jakąkolwiek walkę specjalnie nie wierzę. Są przypadki strajków ochroniarzy, ale branża to nie jest monolit i ścierają się rożne interesy pracownicze. Zawsze znajdzie się pewien znaczący procent bardziej tchórzliwych lub emerytów - łamistrajków i cała energia osób odważniejszych i zdeterminowanych zostanie spacyfikowana od środka. Branża nie mówiła i nigdy nie będzie mówić jednym głosem, ponieważ jest ona zwykłym, przypadkowym śmietnikiem zawodowym, zbierającym pod swe skrzydła, poza wspomnianymi już niepełnosprawnymi, emerytów wszystkich profesji, ze szczególnym uwzględnieniem mundurowych, a nadto studentów, chłoporobotników z wykształceniem podstawowym, ludzi po studiach kierunkowych z szeroką formułą słowa „bezpieczeństwo” i osoby przypadkowe, podejmujące pracę z braku innych ofert zawodowych, albo marnych kwalifikacji. Oceniam, że najwyżej 15 -20 procent obecnych w branży to osoby, które chcą z nią wiązać swoją przyszłość zawodową i do tej pracy się nadają. Reszta traktuje ją jako tymczasową, więc po co się mają w niej aktywnie udzielać? Co ma wspólnego z branżą np. emeryt mundurowy? On już się zawodowo najczęściej wykazywał (wypalił) wcześniej. Teraz chce tylko w spokoju i bez wstrząsów dorobić do emerytury, bo inflacja go ściga, albo ucieka z domu, ponieważ żona mu się zestarzała i gdera. Nie widzę w tym środowisku żadnego punktu wspólnego, który by je integrował, poza wszechobecną biedą dotyczącą oczywiście tych, którzy nie mają emerytur mundurowych czy górniczych. A to trochę za mało, jak na czynnik integrujący. Skuteczne związki branżowe widzę dziś jedynie w dużych firmach, jako organizacje zrzeszające pracowników jednego konkretnego podmiotu. Odmowa wyjścia na obiekty kontrahentów przynajmniej 2 tysięcy ochroniarzy danej firmy, zmusi momentalnie każdy zarząd do negocjacji. Tylu łamistrajków na raz przecież nie przyjmą, przynajmniej tam, gdzie wymagane są jakieś kwalifikacje. Obecnie ruch związkowy dotyczy także zbyt rozdrobionego rynku branżowego, co również nie sprzyja integracji związkowej, a nadto nie stoją za nim żadne konkretne fundusze, tylko promocja internetowa, a to trochę za mało.

Co Pan sądzi o ostatnim strajku pracowników ochrony w KGHM?

No cóż … jeden z odosobnionych przypadków, gdzie ochroniarze próbują walczyć, choć ostatnio coraz częściej spotkany akurat na Śląsku. Ochroniarzy i górników dotyczy ten sam problem, tylko nie wszyscy w górnictwie zdają sobie z tego sprawę. Oni mają inny pułap finansowy i nie bardzo rozumieją brać ochroniarską, ale za chwilę może się okazać, że wobec deklarowanej przez poprzedni rząd dekarbonizacji, górnicy podzielą los ochroniarzy, ponieważ z braku innych ofert pracy na Śląsku, zasilą firmy ochrony. O ile oczywiście będzie co pilnować, skoro wcześniej zamkną im kopalnie.

Jakiś czas temu słyszałam o pomyśle utworzenia związków zawodowych pracowników ochrony? Czy Pana zdaniem możliwa jest mobilizacja 350 tysięcznej armii i w konsekwencji utworzenie związków zawodowych?

Zacznijmy od tego, że nikt w Polsce nie zna faktycznej liczby pracujących w ochronie. Wszystkie dane na ten temat są tylko intuicyjne. Rozrzut ocen jest od 200 do 400 tysięcy. Czyli, nikt nic nie wie. Przed deregulacją, precyzyjnie można było określić tylko pracowników licencjonowanych, a to zawsze była mniejszość. Związki branżowe natomiast istnieją od dawna. Tylko ich działań nie widać, więc wielu ochroniarzy nawet się nie domyśla, że takowe istnieją. Mamy dwa główne pracodawców: Polską Izbę Ochrony i Polski Związek Pracodawców „Ochrona”, które niestety, kompletnie się nie sprawdziły w walce o interes branży. Obie organizacje oscylują w okolicach stu członków każda. W przypadku tych dużych graczy, większość firm należy do obu organizacji, co podkreślam, bo każdy lider osobno, opowiada bajki, jak to „reprezentuje” większość środowiska, dlatego, że do jego organizacji należą te większe firmy na rynku. Mamy obecnie wydanych 5575 aktywnych koncesji na prowadzenie działalności w zakresie ochrony osób i mienia. To jaki procent z tego jest w związkach? Uzupełnię jeszcze, że szczególnie w PIO, mamy firmy kompletnie nie związane z branżą i jednoosobowe, żeby wizerunkowo i dla celów formalnych, utrzymać sztucznie pułap ponad stu firm członkowskich. Uprzedzając ewentualną linię obrony, że są tam te największe - odpowiadam: na te ponad 90 tysięcy niepełnosprawnych w branży, w większości przypadków pracujących właśnie w tych dużych firmach, to czyj interes branżowy one reprezentują? Na pewno nie ochroniarzy, bardziej chyba PFRON-u…

Wracając do związków pracodawców...

Związki pracodawców nigdy się nie sprawdziły i już się raczej nie sprawdzą, bo mamy stałe zjawisko konsolidacji i wykupu firm oraz wszechobecne przekonanie o ich niskiej skuteczności w walce o interes członków. Ale co najważniejsze, organizacje te w trosce o frekwencję, mało sensownie zrzeszały i nadal przyjmują wszystkie firmy jak leci, nie dostrzegając ich odrębnego interesu i poziomu funkcjonowania. Nie ma, wbrew deklaracjom, żadnej faktycznej selekcji wstępnej. Do organizacji może należeć każdy. Zgubiono gdzieś elitarność i nie oddziela się ziarna od plew. Dlatego też, certyfikatów wiarygodności przyznawanych firmom członkowskim przez ich organizacje, nikt nie traktuje poważnie. To tylko takie dodatkowe logo na papierze firmowym albo w folderze reklamowym. Pod jednym sztandarem organizacyjnym mamy firmy ogólnopolskie, z kapitałem międzynarodowym i małe, regionalne, które są pożywką dla tych większych i nieustannie też przez nie z uśmiechem na ustach pacyfikowane. Podczas dorocznych obrad w Spale, siedzą razem rekin i płotka i udają, że mają jakiś wspólny biznes w tej integracji. Śmiech tylko z tego wychodzi. Kolejna kwestia – brak wyrazistych, dynamicznych liderów z wizją i charyzmą, potrafiących zawalczyć o interes branży. Wietrznotrwały prezes PIO, z tytułu prezesowania pobiera pensję, co jest dla mnie żartem. Cała jego prezesowska energia, idzie więc w dyscyplinowanie firm członkowskich, żeby nie zalegały ze składkami, bo wówczas nie uzbiera na swoją comiesięczną gratyfikację. Sam posiada jakąś jednoosobową firmę szkoleniowo – doradczą, żeby formalnie należeć do organizacji i jej prezesować. Co to za lider? W PIO są szefowie firm zatrudniających po kilka tysięcy pracowników. To jaki to „ich” lider? Patrzą na niego z pobłażaniem. Przewodzi od zarania dziejów, biologicznie, prezesaurus pewnie zbliża się do siedemdziesiątki i co takiego w czasie swojego pontyfikatu zrobił dla środowiska firm ochrony? Nic znaczącego. Taką kosmetykę tylko, żeby zaakcentować, że jest. Koła to już teraz na pewno nie wymyśli. Wszyscy tylko sobie z niego żarty robią i obśmiewają po kątach, a urzędnicy i tak zawsze robią co chcą i on im w tym bynajmniej przez ponad 20 lat aktywnie nie przeszkadzał. Pełna symbioza. Między innymi dlatego nikt się z głosem środowiska nie liczył i nie liczy. Szeregowi urzędnicy traktują nasze organizacje jak powietrze i jedyne co okazują, to troszkę pisemnej kurtuazji. A potem „gest Kozakiewicza”. Ale to jest problem tylko tych, którzy pokornie płacą składkę na utrzymanie tego skansenu – mnie ten problem nie dotyczy. Wolałbym na tym stanowisku kogoś młodego, dynamicznego, wykształconego, ze znajomością języków obcych i bez przeszłości mundurowej z minionej epoki, którą nie bardzo jest się jak teraz chwalić. Kogoś, kto się jeszcze dla dobra organizacji podzieli swoimi zyskami. Ale takiej osoby na razie jeszcze nie widzę. W ZPO na szczęście, po ponad 20 latach poszli po rozum do głowy i w końcu wymienili prezeskę - reprezentowała podobny poziom jeśli chodzi o wielkość jej firmy, skuteczność i profesjonalizm, ale obawiam się, że zamieniono siekierkę na kijek… Mamy teraz za prezesa organizacji pracodawców, jednego z szefów z Konsalnetu… Jak na razie, nie zauważyłem żeby coś robił i nawet w odróżnieniu od prezesa PIO, nie sprawia nawet wrażenia, że coś robi. Podobnie z organizacjami pracowniczymi. Było kilka, ale już zrezygnowały z walki o dobro branży. Na placu boju jest stosunkowo młode, Polskie Stowarzyszenie Pracowników Ochrony, któremu się życzliwie przyglądam, ale nie wierzę w jego sukces frekwencyjny. Obym się mylił, bo staram się je wspierać, ale jestem tu nieuleczalnie sceptyczny. Po roku intensywnych działań promocyjnych podaje na swojej stronie, że posiada bodajże 41 członków. Jaki to procent branży po zerze i przecinku? I nie oceniam tego bynajmniej złośliwie.

Dlaczego Pana zdaniem urzędnicy traktują tego typu organizacje jak powietrze?

Ochrona to sektor prywatny, rozdrobniony i łatwy do pacyfikacji kontrolami z ramienia MSW i policji. Nikt urzędnikom się nie postawi. Są bezkarni i to działa na ich kreatywność. Czego by nie wymyślili, mogą to w spokoju realizować, jak nie przymierzając zrobił Pan minister Gowin swoją deregulacją. Przez 25 lat nie potrafiliśmy usadowić w Sejmie kandydata branżowego, który by powalczył w interesie ochroniarzy. Stałego, wzorem np. Mniejszości Niemieckiej (śmiech). Nie istnieje lobbing branżowy, a jeśli już, to tylko ten poszczególnych rekinów rynku, ukierunkowany na duże kontrakty w celu zdobycia ich tylko dla siebie. Sytuacja jest taka. Duże firmy ochrony lobbują we własnym interesie, nie przejmując się resztą branży i starają się rynek ustawiać pod siebie, a mali… nic nie mogą… Bo mali się nie zrzeszają regionalnie w związki małych. Więc mamy to, co mamy. Sztandarowym przykładem takiej bezkarności urzędniczej jest ostania deregulacja. Jej największym grzechem było to, że mimo pewnych oczekiwań środowiska, prawie nic nie naprawiono, natomiast wiele rzeczy jeszcze bardziej zepsuto, tworząc przy tym kolejny długotrwały bałagan organizacyjny w sferze ochrony. Nikt nie pytał ochroniarzy – w końcu wieloletnich praktyków, tylko zrobiono tradycyjnie po swojemu czyli, według wizji, jak mały Jasiu świat postrzega. Ponownie widać było, że za „naprawianie” biorą się na szybko, pod presją polityki jacyś urzędnicy - amatorzy, kompletnie oderwani od realiów. Samo założenie deregulacji Pana Gowina było mało zrozumiałe, ponieważ dowodził z przekonaniem, że mniejsze kwalifikacje przełożą się na lepszą jakość wykonywanej pracy, co w mojej ocenie kłóci się z logiką. Dalej było tylko gorzej, gdyż zamiast ograniczyć, tak jak minister Gowin deklarował, ilość godzin podstawy programowej, (żeby było też taniej i sensowniej) dołożył jeszcze kilka, więc o co w tym miało chodzić, nie rozumiem? Można by o niej długo mówić, ale zajęło by to cały wywiad, więc ograniczając się stwierdzę, że jej podstawowym grzechem było zlikwidowanie zewnętrznego egzaminu w policji, a tym samym dobrego szkolnictwa branżowego i pewnego poziomu potwierdzonej wiedzy ochroniarskiej. Dawniej, wybierając ośrodek szkolący starano się, aby to był ten gwarantujący najwyższą zdawalność. Ośrodek na dobrym poziomie kształcenia, zatrudniający wielu dobrych fachowców, także uniwersyteckich, co przekładało się na wyższy poziom merytoryczny zajęć i sukces egzaminacyjny. Po deregulacyjnym zlikwidowaniu egzaminu zewnętrznego, na rynku obecnie najlepiej się mają te ośrodku, które zawsze miały podły poziom zajęć, ale bardzo niskie ceny. Czyli, oferujące pseudo szkolenie za mniejsze pieniądze. Niskie koszty własne (bo zajęcia z wszystkich dziedzin prowadzą, jedna, dwie osoby w układzie rodzinnym) pozwalają im ograniczyć koszty i konsekwentnie przejmować rynek wyłącznie cenami. Nie oszukujmy się, większości głównie zależy na papierku, bo podstawa programowa i tak odstaje od rzeczywistości, więc teraz się zwyczajnie kupczy tymi dokumentami. A finalnie, dobre ośrodki obniżają koszty, zwalniają fachowców i klną na bandytyzm konkurencji mającej swoje 5 minut. Teraz wystarczy więc tylko zapłacić i dokument się otrzyma, bo właściciel firmy szkolącej przecież nie będzie weryfikował negatywnie sam siebie albo robił dodatkowe koszy płacąc lepszym fachowcom… A o tym, że wystarczy teraz zapłacić i można nawet nie pokazywać się na kursie, nawet nie wspominam. Takich mamy teraz dzięki Gowinowi zawodowców. W zaistniałej sytuacji zastanawia mnie, po co komu taki wpis KPOF? Przecież on o niczym nie świadczy, a już na pewno nie o posiadaniu wiedzy fachowej, której przecież nikt w agencjach też potem nie weryfikuje, bo po co? Podsumowując. Głównymi beneficjentami deregulacji są te ośrodki szkolące, które prezentują najniższy poziom szkolenia i nabijani w butelkę klienci, którzy będą mieć u siebie pracowników tak przez deregulację „wykwalifikowanych”.

A teraz puśćmy wodze fantazji, wyobraźmy sobie nowego Prezesa organizacji. Wspomniał Pan jakie powinien mieć na wstępie cechy taki „idealny” kandydat. A od czego Pana zdaniem powinien zacząć pracę, jakie zadania są dziś priorytetowe dla branży, jakie są oczekiwania i możliwości działania na rzecz pracowników ochrony?

Błagam, proszę nie kazać mi bawić się w futurologa (śmiech). Moja ocena branży to skrajny pesymizm. Dopóki ktoś rozsądnie nie uporządkuje legislacyjnie tego obszaru, nikt tu nic nie zrobi. Będzie tylko takie dreptanie w miejscu, a nie zdecydowany krok naprzód, jak w starym żarcie kabaretu TEY. Nieco adoptując tą anegdotę do naszych rozważań powiem tak: „Dawniej branża ochrony stała na skraju przepaści, ale teraz, dzięki wydatnej pomocy ministra Gowina, zrobiła poważy krok naprzód”! Jeśli nie zlikwidujemy takich skrajnych paranoi jak niepełnosprawny - kwalifikowany ochroniarz (ze schorzeniami specjalnymi) i do tego z bronią, wszelkie inne działania będą tylko grą pozorów. Kierunek może być tylko jeden. Silny lider – skuteczny lobbing polityczny – zmiany ustawy pod dyktando (tych myślących) ochroniarzy, a nie urzędników, czy lobbystów spod znaku PFRON. Ale obawiam się, że to jest na chwilę obecną, utopia. Dopóki któryś z polityków sam nie zobaczy w tym własnego interesu, szanse dla środowiska oceniam jako marne.

Co jest kluczowe dla pracodawców (agencji ochrony) przy zatrudnianiu pracownika ochrony, kogo szukają najczęściej?

To zależy od obiektu, na jaki rekrutują. Są różne oczekiwania kontrahentów i wymogi formalne, ale jest jeden punkt wspólny. Dobrze byłoby, żeby kandydat był tani, do wielokrotnego wykorzystania przy podmiankach na innych obiektach agencji i mało wymagający, jeśli chodzi o wsparcie socjalne zatrudniającej go firmy. Najlepiej posiadający jednocześnie wpis na listę KPOF, pozwolenie na broń obiektową i drugą grupę niepełnosprawności.

Czy możliwe jest spełnienie tych wszystkich przesłanek łącznie, to znaczy bycie tanim pracownikiem, ale z pozwoleniem na broń obiektową? Co do grup niepełnosprawności, słyszałam o przypadkach w których osoby w zasadzie zdrowe „załatwiały” sobie grupy inwalidzkie dla różnych celów. Czy Pana zdaniem możliwe jest podobne działanie w branży ochrony?

Opisane przez Panią zjawiska występują w całej rozciągłości. Wiele osób załatwia sobie grupę, nawet bez pobierania z tego tytułu jakichś świadczeń. To jest teraz bardzo popularna forma zdobycia „najlepszych kwalifikacji” do pracy w ochronie. A mamy jeszcze różnych rencistów resortowych, pobierających stałą rentę z tytułu np. choroby psychicznej, którzy teraz nagle cudownie ozdrowieli i pracują z bronią. (śmiech)

Jaki rodzaj umowy najczęściej proponują pracodawcy pracownikom ochrony?

„Śmieciówka”, czyli umowa zlecenie albo o dzieło, wyjąwszy niepełnosprawnych, których z uwagi na wymagania formalne, należy zatrudniać na etacie, za który my wszyscy, podatnicy zapłacimy.

Czy doczekamy się czasów, w których będą zawierane z pracownikami ochrony umowy o pracę?

W części firm ochrony, umowy o pracę są faktyczną formą zatrudnienia, ale na razie jest to rynkowa mniejszość.

Jak wygląda kwestia urlopów, BHP, opieki medycznej w razie choroby pracownika lub nieszczęśliwego wypadku w pracy bądź w drodze do pracy?

Proszę o inne pytanie, bo tu wchodzimy w zakres literatury premiowanej nagrodami Hugo i Nebula (śmiech).

Czy posiada Pan wiedzę odnośnie wyposażenia pracowników ochrony w mundury, buty służbowe, sprzęt? Co otrzymują od pracodawcy, a w co muszą zaopatrzyć się we własnym zakresie? Pytam, ponieważ nie tak dawno czytałam wpis na jednym z portali, że pracownik ochrony przychodził do pracy w jeansach.

Tutaj trudno generalizować. Jedne firmy dają umundurowanie, sprzęt i wyposażenie, inne na tym oszczędzają. Ale jedno jest pewne. Pracownik ochrony, prawie nigdy nie dostanie umundurowania i wyposażenia w dobrej jakości. Także z rozmiarami i nowością sortów bywa różnie. I to jedynie łączy proletariuszy firm ochrony.

Co oferują dziś agencje ochrony swoim pracownikom?

Niewiele, 300 – 400 roboczogodzin w miesiącu, aby dobić do 2000 zł wypłaty…

Jakie mogą być skutki takiego obciążenia pracą? Czy pracownik „wyrabiający” 400 godzin jest w stanie bezpiecznie wykonywać swoje obowiązki?

Oczywiście, że nie. Tworzymy miraż. W wojsku system wart był ustawiony tak, gdzie żołnierz w ciągu 24 godzinnej warty 2 godziny stał na posterunku, 2 godziny spał, a 2 godziny czuwał i tak na zmianę, przez całą dobę. Już wówczas zdawano sobie sprawę z ograniczeń ludzkiego organizmu. W ochronie to zjawisko występuje rzadko. Przez 24 godziny dyżur pracownik powinien być cały czas na baczność. Nierealne. Jaka jest skuteczność pracownika monitoringu, gdy wzrok patrzącego non stop w ekran monitora, męczy się po plus, minus godzinie? Co on tam jeszcze po 20 godzinach chce zobaczyć, mając do obsługi jednocześnie kilkadziesiąt kamer?

Czego Pana zdaniem od firm specjalizujących się w ochronie osób i mienia oczekują klienci?

Rożnie. Cześć kontrahentów korzysta z usług ochrony z niewiedzy, co do ich możliwości faktycznych, część dlatego, że wymusza to ubezpieczyciel, część dla oszczędności, bo przerzucają na firmę ochrony sprawy całego socjalu z którym musieliby walczyć, gdyby chcieli zatrudnić pracownika u siebie. Inni z wygody albo ze snobizmu a jeszcze inni - ta mniejszość, bo się czegoś akurat boją…

A jak wygląda segment ochrony osobistej VIP? Czy tam świadomość i oczekiwania klienta przekładają się na poziom świadczonych usług, profesjonalizm, umiejętności pracownika ochrony osobistej?

Tutaj nie można generalizować. Znam firmy profesjonalne, rzetelnie chroniące swoich VIP-ów i takie, gdzie paru cwaniaków opowiadając legendy o swoim profesjonalizmie, eksponuje cv z odnotowanym pobytem w jednostkach spadochroniarzy czy innych komandosów albo jakieś dobrze brzmiące w jidysz certyfikaty specjalistycznych kursów i skupia się na tym, aby pryncypał miał manię prześladowczą i żył w poczuciu permanentnego zagrożenia, bo to gwarantuje im pracę… W Polsce chyba jeszcze ochrony osobistej nikt nie zweryfikował w boju, więc na razie możemy tylko poteoretyzować, kto lepiej realizuje procedury ochronne albo robi lepsze wrażenie. Zresztą, prywatna ochrona VIP, to nie jest jakiś rozbudowany zespół kojarzony z ochroną głów państw. Skala, głównie finansowa, jest inna. Inaczej też będzie realizowana ochrona jakiejś „popularnicy” telewizyjnej (to mój synonim - nie lubię określenia „celebrytka”) inaczej jakiegoś biznesmena z górnej półki najbogatszych w kraju, a jeszcze inaczej ochrona lokalnego kacyka z urzędu, który się naraził ludziom w małej miejscowości. I zawsze będzie to ochrona VIP.

Czy według Pana jest różnica pomiędzy pracownikiem ochrony, który jest byłym funkcjonariuszem Policji, byłym Żołnierzem Wojsk Specjalnych, a studentem dorabiającym w ochronie do czesnego.

Nie. Żaden z nich nie ma z urzędu kwalifikacji do tego, aby być dobrym ochroniarzem. To mit. Mamy tu zupełnie inny rodzaj pracy niż w resortach.

Czy rynek już zweryfikował, które agencje ochrony zapewniają wysoką jakość świadczonych usług, a które mówiąc kolokwialnie naciągają klientów?

Takie zjawisko absolutnie nie zachodzi. Nie znam żadnej firmy, ( ale nie twierdzę że taka nie istnieje) która zniknęła z rynku, bo była nieuczciwa albo działała nieprofesjonalnie. Firma to głównie logo i kontrakty, mienia jest tam mało, wyjąwszy samochody. Trochę broni albo nie, troszkę umundurowania, łączność. Każdy właściciel firmy, poza koncesją „główną”, posiada kilka asekuracyjnych koncesji na członków rodziny albo zaufane osoby, na które w przypadku problemów z MSW, policją albo Urzędem Skarbowym, błyskawicznie przepisuje kontrakty. Klientom zaproponuje 5 procent zniżki za ponowne podpisanie starego – nowego kontraktu, (albo nawet nie), poopowiada im bajki, że agencja się rozwija, dokapitalizuje, łączy, przepoczwarza umiędzynarodawia itp., i że nic się w realizowanej usłudze w związku z tym nie zmieni. Wyprowadzi kontrakty na firmę bis, mieszczącą się w tym samym budynku i już go nikt nie ruszy. Logotypu wszak nikt mu nie zabierze. Reszta to już tylko kosmetyka. Nazwa dodatkowych koncesji zwykle brzmi podobnie, np. główna koncesja jest na hipotetyczną firmę „Robal” a dodatkowe koncesje na firmy „Robal ochrona”, „Robal system”, „Robal security”, „Robal monitoring” itp. Problemem jest także to, że nadzór nad firmami ze strony instytucji nadrzędnych jest iluzoryczny. Osobom postronnym wydaje się, że jak firma posiada koncesję MSW, to oznacza wobec niej jakiś szczególny nadzór ministerstwa. Jest to bzdurą. Mało tego, taki mit koncesji uwiarygadnia działania na krawędzi prawa i przestępcze oraz jest dla ich posiadaczy dodatkowym alibi. Można być wielokrotnym przestępcą skarbowym, nie płacić składki ZUS od pracowników, oszukiwać na wypłatach, socjalu, umundurowaniu, wreszcie samej usłudze. Media mogą pisać, że firma X ma wielomilionowe długi np. w ZUS czy US, że prowadzą ją kompletni amatorzy albo bandyci i co? I nic! Mało tego, dziennikarze wychodzą jeszcze na mało wiarygodnych pieniaczy, bo firma dalej hula aż miło. Tradycyjnie najciemniej jest pod latarnią….

Dlaczego tak się dzieje?

Firmy ochrony są kontrolowane przez policję bardzo rzadko i głównie tylko te, które posiadają magazyny broni czyli, również broń. Firmy, które nie posiadają broni, śpią spokojnie, bo ryzyko policyjnej kontroli jest u nich bardzo małe. Bywa, że nie były kontrolowane nigdy. I co najważniejsze, nie istnieje pojęcie skorelowanej kontroli kompleksowej. Policja sprawdza tylko to, co jest związane z szeroko rozumianym bezpieczeństwem czyli, książkę broni albo, czy blacha na drzwiach do magazynu broni ma odpowiednią grubość. Sprawy US i ZUS kompletnie ich nie obchodzą. Dlatego część firm wcale nie stara się o magazyny broni i broń obiektową, bo wówczas ma święty spokój z kontrolami policji, a z pozostałymi sobie radzą bo te nie grożą utratą koncesji. Najczęściej tylko, jednostkowe kontrakty z wymaganą bronią, podzlecą innym firmom. Dopóki kontrole w firmach nie będą skorelowane i kompleksowe, a przedstawiciele WPA będą je robić tak jak im wygodnie, ten (chory) stan będzie trwać. Brak odprowadzania pracowniczych składek do ZUS, czy przestępstwa skarbowe, powinny skutkować zabraniem koncesji. Jest to w końcu okradanie państwa i pracownika.

Jakie są wymagania względem agencji ochrony jeśli chodzi o obiekty wojskowe, strategiczne? Jakie kwalifikacje, uprawnienia powinni posiadać zatrudnieni tam pracownicy ochrony?

Zacznijmy od tego, że sytuacja, gdzie prywatne podmioty ochraniają wojsko, jest sytuacją absurdalną. Żołnierz powinien sam strzec swojej jednostki. W końcu zawsze było to traktowane jako wykonywanie zadania bojowego w warunkach pokoju, czyli trening i szkolenie w jednym. Dawało też duże obycie z bronią. Zupełnie nie rozumiem, komu to przeszkadzało? Wystarczy stanąć przed dowolną jednostką o godzinie 15.30 i zobaczyć jak wojsko kończy pracę w systemie urzędnika państwowego. Tłum urzędników w mundurach albo bez, biegnących radośnie na obiad do domu. Jaka to służba? Nie tak dawno elitarne jednostki spadochroniarzy w Krakowie ochraniali niepełnosprawni. W 2014 roku cały tort pod nazwą „ochrona jednostek wojskowych” to było łącznie 260 milionów złotych z budżetu MON. To są bardzo duże pieniądze, więc czemu nie dać zarobić prywaciarzom, zamiast zaoszczędzić na potrzeby armii? Jesteśmy bogatym krajem. Niech sobie żołnierz przez ten czas surfuje radośnie po porno stronach, albo udziela się na facebooku.

Czy takim firmom są stawiane jakieś wymagania?

Żeby chronić jednostki wojskowe, formalnie wystarczy aktualna koncesja dla firmy ochrony. W tym zakresie wojsko nie tworzy centralnie jakiejś listy firm, ze specjalnymi wojskowymi certyfikatami, które mają zgodę na ochronę obiektów wojskowych. Zdają się na MSW w tym zakresie. O warunkach ochrony decyduje dowódca danej jednostki, albo osoba odpowiedzialna za logistykę dla kilku jednostek zbiorczo. I to ona ustala w specyfikacji zamówienia usługi, szczegółowe warunki jakie musi spełnić firma ochrony, jeśli chce chronić armię. Tutaj już sprawa jest indywidualna, ponieważ mamy do czynienia z różnymi jednostkami o różnym stopniu „utajnienia” i każdy decydent w mundurze widzi to nieco inaczej. Nie rozwijając tematu, potrzebne są m.in.: Świadectwo Bezpieczeństwa Przemysłowego, stanowisko Pełnomocnika ds. ochrony informacji niejawnych w firmie ochrony, który z kolei ochroniarzom chcącym pracować w jednostce, musi wystawić w zależności od charakteru obiektu, upoważnienie dostępu do informacji do klauzuli np. zastrzeżone. Firma ochrony może przystępować do przetargu indywidualnie albo w ramach jakiegoś konsorcjum – czyli, zebranej grupy kilku zawierających sojusz przedsiębiorstw ochronnych, skrzykniętych doraźnie aby ten wygrać przetarg. Nikt natomiast nawet nie pofatygował się, aby zrobić jakieś formalne ograniczenia dla kapitału międzynarodowego czyli, każda firma międzynarodowa może teoretycznie ochraniać strategiczne obiekty wojskowe. Oczywiście, firmy ochrony pilnujące jednostek są też dodatkowo „prześwietlane” przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego, ale w praktyce różnie z tym nadzorem jest, co pokazały wyraźnie liczne procesy sądowe dotyczące m.in. przetargów. Z ochroną jednostek wojskowych jest jedna taka patologiczna sytuacja. Mianowicie, zwykle co roku, a od niedawna w niektórych obiektach MON co trzy lata, odbywa się przetarg na ochronę jednostek, podczas którego zawsze wygrywa najniższa cena. Skutek jest taki, że zmienia się firma po firmie na tym samym obiekcie wojskowym, ale każda, z braku własnych pracowników z dopuszczeniem do tajemnicy służbowej, zagospodarowuje poprzednich. Oczywiście, ponieważ wygrała najniższą stawką, więc starym – nowym pracownikom, proponuje niższą stawkę za jedną roboczogodzinę. Efekt jest taki, że za dobrą pracę, pracownik ochrony jednostki co roku dostaje mniej, zamiast więcej. Bywa, że w stosunku do pierwszego kontraktu, różnica wynosi 3 - 4 złote na jednej roboczogodzinie. Ale jest światełko w tunelu bo nagle na rynku zaczyna brakować ludzi z kwalifikacjami i zaczyna się o nich twarda walka…

Na jednym z portali pod artykułem dotyczącym zastrzelenia pracownika ochrony w jednostce wojskowej w Brodnicy znalazłam taki wpis „Na wszystkich jednostkach wojskowych jest tak samo!!!Wojsko ubzdurało sobie ze jesteśmy podludźmi!!! Firmy zgadzają się na wszystko, nawet instrukcje ochrony którą ma pisać de facto firma podkładają firmie gotowce bo inaczej jej nie zaakceptują!!! Nękają firmy tzw. karami umownymi co jest chore!!! Jesteśmy tam by nie dopuścić na obiekt osób postronnych, przeciwdziałać kradzieży!!! Ostatnio wojsko wymyśliło sobie patrole poza teren chroniony bez broni wystawiany z pracowników którzy mają odpoczynek po zejściu z posterunku. Patrole są wykonywane w terenie zalesionym, nieoświetlonym. Osób kontrolujących z ramienia wojska jest ogromna ilość, kontrolują wszystko co chcą i kiedy chcą. Mało tego, ubzdurali sobie ostatnio ze będą pytać pracowników ochrony prawa użycia broni pomimo iż nie mają do tego uprawnień!!! Może ktoś w końcu zrobi z ramienia MON z tym porządek!!!” - co Pan o tym sądzi?

Cóż… Każdy szef firmy, aby utrzymać rentowny kontrakt, nie bacząc na żadne subtelności, bez skrupułów poświęci swoich pracowników dla sprawy. Z drugiej strony, mamy tu jak widać jakiegoś urzędnika w mundurku, który chce pokazać światu swoją kreatywność w zakresie nowych koncepcji ochrony jednostki, i jego usilne próby podniesienia poziomu jej bezpieczeństwa, wobec zakusów ruskich. Zdaje się jednak, że zupełnie nie rozumie, o co w tej ochronie chodzi. Trudno jednak coś oceniać po jednym subiektywnym wpisie…

Może moje pytanie zabrzmi naiwnie, ale dlaczego skoro mamy w Polsce tylu znakomitych specjalistów od terroryzmu, bezpieczeństwa, zabezpieczeń, żaden z nich nie wystosuje apelu do rządzących o włączenie myślenia?

Pani Redaktor wybaczy, gdzie Pani spotkała tych „znakomitych”? Widzimy tylko takich etatowych „ekspertów” szklanego ekranu, jak Panowie: Dziewulski, Polko, Rutkowski, których lansują mainstreamowe media, albo takich, których tym terminem ochrzczą dziennikarze podpisując pod nazwiskiem. Jak nie przymierzając, tego Pana prezesa z firmy „City Security” z nieuleczalnym „parciem na szkło”. Ostatnio, gdy przez 10 sekund coś tam wyartykułował do kamery, na pasku pod nazwiskiem dostrzegłem ze zdumieniem napis: „ekspert od terroryzmu”, bo kiedyś podobno ochraniał albo nadzorował ochronę jakiegoś meczu podczas mistrzostw. Za chwilę, będzie pewnie przedstawiany jako ekspert od ochrony statków powietrznych, gdy nastąpi jakaś katastrofa lotnicza i dziennikarze będą szukać kogoś, kto nim dym opadnie, zabierze głos i z powagą oceni sytuację na gorąco. Wszyscy ci „eksperci”, najczęściej wypowiadają się w minutę po jakimś newsie, komentując z przekonaniem sytuację, o której nic pewnego jeszcze nie wiadomo. To są eksperci? Oni najczęściej mówią albo rzeczy oczywiste, albo wielokrotnie kompletne bzdury. Tylko nikt tego potem nie prostuje, nawet jak strzelą gafę. Status ekspertów dały im wyłącznie media, bo dziennikarze są zbyt leniwi aby szukać prawdziwych fachowców i to jeszcze takich, którzy chcą się produkować przed kamerą. Najlepiej mieć stały telefon do „dyżurnego eksperta” z każdej dziedziny i ciągnąć go, póki sytuacja jest gorąca, przed kamery.

Powiem jeszcze tak. Dla jednych bezpieczeństwo jest produktem i tak go sprzedadzą, dla innych pewnym procesem ciągłym, podlegającym zmianom, ewoluującym. Taktykę ochrony podobnie jak na wojnie, determinuje i wymusza rozwój nowych technologii. To nie jest układ zamknięty i stały. Ale, świadomość zagrożeń wzrasta dopiero gdy się coś wydarzy i to coś, dopiero nam uzmysławia, że bezpieczeństwo nie jest dane raz na zawsze. Na bezpieczeństwie dobrze się zarabia i teoretyzuje, trudniej je zorganizować na jakimś sensownym poziomie a potem jeszcze trudniej wprowadzić w życie. Bo to wymaga pracy i pieniędzy. Wszyscy wokół i to nie podpierając się Maslowem, mówią o bezpieczeństwie, ale naprawdę bardzo mało znam osób, które je rozumieją i do tego rozumieją systemowo w szerszym zakresie. W Polsce więcej widzę nieporadnych eksperymentów z bezpieczeństwem, niż faktycznych, sensownych i rozsądnych dokonań na tym polu. Dopiero co, jeden wszechwładny „ekspert” od wojskowości rozwalił nam swoją nieudaną reformą systemy dowodzenia armią i wszyscy się teraz (to odkręcając) zastanawiają czy, to była tylko głupota, geriatria, czy może sabotaż? Całe szczęście, że zmiana prezydenta odsunęła tego pana od kolejnych eksperymentów… Reasumując. Strzeż nas Panie od ekspertów. Robią więcej szkód niż wrogie armie.

Kiedy społeczeństwo zaczyna interesować się „cieciami”, bo tak z reguły postrzega się pracownika ochrony?

Kiedy ochroniarz przekroczy swoje uprawnienia czyli, kogoś zmasakruje, gdy dla odmiany ktoś jego pobije, kiedy ucieknie z pieniędzmi, które miał konwojować, coś ukradnie, lub kiedy się zastrzeli ze służbowej broni. Tylko wówczas, gdy jego działanie jest medialnie atrakcyjne dla tabloidów… Rzadko, gdy robi coś profesjonalnie. Branża to jedno wielkie cieciowisko, z niewielkim procentem wyjątków, pełne braku profesjonalizmu, bylejakości i wszechobecnej, taniej usługi.

Strażak cieszy się dobrą opinią, pomaga, ratuje życie. Jakie pozytywne cechy związane z ochroną moglibyśmy wskazać u pracownika ochrony?

Umiejętność przetrwania w warunkach najniższych stawek. Według instytucji statystycznych, ochroniarz jest na szarym końcu jeśli chodzi o zarobki. Gorzej mają tylko salowe i sprzątaczki.

Panie Krzysztofie, ja tu próbowałam zakończyć wywiad jakimś happy endem, więc spróbujmy jakoś tchnąć pozytywną energię w stronę branży ochrony. Wszak Nowy Rok, nowe postanowienia, cele (ale nie te cele w ZK lub aresztach śledczych). Zatem?

Praca w ochronie, to w pewnym sensie ekstremalne zmagania survivalowe z rzeczywistością. Ciężko mi tu wykazać optymizm noworoczny. Ale myślę, że nie jest jeszcze tak źle, ponieważ nie mamy w Polsce większości z tych zagrożeń, jakie nękają obecnie państwa Europy Zachodniej. Praca ochroniarza, mimo swoich ewidentnych wad, jest jeszcze stosunkowo bezpieczna. Dlatego, na koniec naszej rozmowy, w nawiązaniu do tego co powiedziałem, w trosce o to co się może wydarzyć w nowym roku, wszystkim ochroniarzom polecam nieśmiertelny aforyzm Leca: „Osiągnąłem dno. A po chwili, usłyszałem pukanie od dołu” (śmiech), czyli, zawsze może być gorzej, więc cieszmy się tym, co mamy. Najważniejsze, to w tym wszystkim zachować zdrowie i dystans do rzeczywistości. Jak będziemy mieli zdrowie, będziemy mieli siły do walki.

Krzysztof Witulski, redaktor naczelny Ogólnopolskiego Magazynu Zawodowców OCHRONIARZ. Były oficer „Czerwonych Beretów”. Popularyzator tradycji spadochroniarstwa wojskowego a od 2002 roku, organizator i pomysłodawca cyklicznych, integracyjnych szkoleń spadochronowych dla służb mundurowych: Skoczek Spadochronowy Służb Ochrony - www.ssso.strefa.pl

Dziękuje za rozmowę.

Anna Ruszczyk, GAZETA ŚLEDCZA

14 grudnia 2015



Skoczek Spadochronowy Służb Ochrony
Europejskie Centrum Analiz Geopolitycznych