Jarosław Tomasiewicz
Szkoły nienawiści

Taliban - słowo, które w świecie zachodnim wzbudza wstręt i grozę. Ale po arabsku znaczy, niewinnie: uczniowie. Ruch talibów wyrósł z medres (szkół koranicznych), jakie bujnie rozkrzewiły się w Pakistanie. Ich uczniowie rekrutowali się spośród afgańskich uchodźców, nieraz sierot. Nauczycielami byli mułłowie z fundamentalistycznej partii Jamiat-e Ulema-e Islam. Przepojeni nienawiścią do niewiernych ochoczo chwytali za broń. Gdy w 1998 r. talibowie znaleźli się w defensywie, maulana Sami-ul-Haq zamknął swoją medresę Jaamia Haqqania i wysłał na front uczniów w liczbie 5000. Poszczególne szkoły tworzyły własne polityczne przybudówki, np. na bazie medresy Banuri Masjid w Karaczi powstała terrorystyczna grupa kaszmirska Jaish Mohammad.

Szkoły wyznaniowe nie są specyfiką krajów muzułmańskich. W 1950 r. z inicjatywy partii religijnych syjonistów Mizrachi powstał w Izraelu uniwersytet Bar-Ilan, nazwany tak na cześć rabina Meira Bar-Ilana, duchowego przywódcy tradycyjnych judaistów. Uniwersytet miał być miejscem, gdzie Tora studiowana jest razem z najnowszymi zdobyczami nauki. Właśnie tam kształcił się Igal Amir - 27-letni członek ekstremistycznej grupy Eyal, który 4 listopada 1995 r. zabił izraelskiego premiera Icchaka Rabina. Amir uznał Rabina - twórcę pokoju z Palestyńczykami - za zdrajcę, który frymarczy świętą ziemią Izraela. „W chwili gdy Żyd zdradza nieprzyjacielowi swój lud i kraj, musi zostać zabity” - twierdził Amir. Podobnie jak inni podobni mu ekstremiści żydowscy dla swej akcji potrzebował przyzwolenia rabina. „Być może fizycznie działałem sam, jednak nie tylko mój palec przyciskał cyngiel, ale cały naród, który przez dwa tysiące lat marzył o tym kraju i przelewał za niego krew... Nie żałuję. Działałem z rozkazu Boga”.

Ale nie tylko szkoły wyznaniowe są wylęgarniami ekstremizmu. W 1959 r. w Ayacucho utworzono uniwersytet San Cristobal de Huamanga, na którym wykładali najwięksi luminarze peruwiańskiej nauki. Jednym z nich był wykładowca filozofii - prof. Abimael Guzman Reynoso. Jak powiedział inny pracownik tego uniwersytetu, Luis Milliones: „Nasi studenci byli wychowankami w najbardziej tradycyjnym słowa tego znaczeniu”. Rzeczywiście. Guzman w 1970 r. stanął na czele maoistowskiej organizacji Sendero Luminoso, której działal-ność do 1993 r. kosztowała życie 26 tysięcy ludzi. Numerem Dwa w Świetlistym Szlaku był jego student Luis Kawata Makabe. Nie jedyny to przykład infiltracji ekstremistów w szkołach wyższych. Antonio Negri, wykładowca politologii uniwersytetu w Padwie, został oskarżony o przynależność do Czerwonych Brygad; podobnie jego koledzy po fachu: Luciano Ferrari-Bravo, Maneio Stuart, Tro Galimbarka, Oreste Scalzone, Franco Piperno.

Czyżby terroryzm wykluwał się w szkołach? Można podawać przykłady jeszcze bardziej dobitne. Praktycznie cały terroryzm lewacki, który w latach 70. i 80. targał światem zachodnim, był pokłosiem studenckiej rewolty 1968 roku. Renato Curcio stał się rewolucjonistą podczas studiów na uniwersytecie w Trydencie, zakładając Czerwone Brygady miał 29 lat. Andreas Baader był o dwa lata młodszy. Japońska Armia Czerwona wyrosła wprost z Krajowego Związku Studentów (Zengakuren), amerykańscy Weathermen byli frakcją ruchu Studentów na rzecz Demokratycznego Społeczeństwa (SDS). W Turcji faszystowskie Szare Wilki (Bozkurt) wywodzą się ze studenckich „ognisk ideału” (ülkü Ocaklari) a lewacka Młodzież Rewolucyjna (Dev-Genç) z działających na uniwersytetach Klubów Intelektualnych (Fikir Klübü). Starcia pomiędzy wrogimi frakcjami studenckimi doprowadziły do podziału szkół na „prawicowe” i „lewicowe”; tam gdzie do tego nie doszło na stołówkach nie wydawano noży - by studenci nie pozabijali się.

Przykłady można by mnożyć - we wszystkich epokach. Zabójca arcyksięcia Ferdynanda Gavrilo Princip miał dwadzieścia lat, jego wspólnik Čabrinović dziewiętnaście. Młodymi ludźmi byli rosyjscy terroryści Narodnej Woli w XIX w. Pouczające są akta anarchistów sądzonych w Królestwie Polskim na początku naszego stulecia. Okazuje się, że spośród 547 represjonowanych poniżej 20 roku życia było 196, w wieku 20-25 lat - 202, 25-35 lat miało 61, a powyżej 35 roku - tylko 23 (o pozostałych brak danych).

Cóż jest przyczyną tej niezwykłej podatności młodych ludzi na ekstremizm? Przyczyny wydają się być dwojakiego rodzaju. Primo - wpływa na to nieustabilizowana sytuacja spo-łeczna młodzieży. Nie będąc obciążeni rodziną ani majątkiem chętniej ryzykują, szukają przygody. Secundo - znaczną rolę odgrywają cechy psychobiologiczne młodych ludzi: skłon-ność do zapału, uproszczone widzenie świata, podatność na wpływy.

Demagogowie od dawien dawna byli świadomi, że młodzież jest szczególnie plastycznym materiałem w ich rękach. W renesansowej Florencji fanatyczny mnich Savonarola sięgnął po władzę opierając się Armii Chłopców, tzw. piagnoni. Irving Stone tak ich opisał: „Zdzierają na ulicach ozdoby z kobiet, które wbrew zakazom Savonaroli pokazują się pu-blicznie w klejnotach. Ci chłopcy, w dwudziestu lub trzydziestu, stukają do drzwi ludzi, o których słyszeli, że łamią prawo ograniczające zbytek, i ogałacają ich domy. Jeżeli ktoś stawia im opór, kamieniują go niemal na śmierć”.

Polityczny wymiar nadał jednak młodości dopiero romantyzm. Wtedy właśnie z żywiołowości młodych, z ich buntowniczości uczyniono cnoty. Odrodził ów kult młodości niemiecki poeta Stefan George (1868-1933), uważany za jednego z prekursorów nazizmu. Niemcy byli dlań narodem młodym i witalnym a więc przeznaczonym do ekspansji; w umacnianiu potęgi i tożsamości narodu szczególną, mistyczną wręcz rolę odgrywać miała młodzież. Myśl tę podchwycili faszyści, przedstawiający siebie jako „ruch młodych przeciw starym”. Mussolini w pierwszym numerze swego pisma „Il Popolo d’Italia” zwracał się do „młodzieży z warsztatów i uniwersytetów; młodych wiekiem i młodych duchem; młodzieży należącej do pokolenia, któremu los zlecił tworzenie historii; ku wam zwracam swój okrzyk powitania [...]. Okrzyk ten jest słowem, [...] który powtarzam dziś głośno, pełnym głosem bez wykrętów, z pełną wiarą: jest on słowem przerażającym i fascynującym: WOJNA!”.

Richard Grunberger w swej „Historii społecznej Trzeciej Rzeszy” napisał: „W młodzieży znalazł reżim grupę społeczną najbardziej poddającą się jego zamierzeniom, a zarazem taką, która za tanie pochlebstwa potrafiła odpłacić lojalnością aż do granic samopoświęcenia”. Hitlerjugend wydawało nawet pismo „Wola i Moc”, którego motto informowało, że tu „dochodzą do głosu twórcze siły młodości”. Przemówienia wodza HJ Baldura von Schiracha, wydane pod koniec lat 30. w tomie „Rewolucja wychowania”, są nieprześcignionym przykładem mitologicznego kultu młodości.

Później kokietowanie młodzieży stało się powszechne. Na lewicę przeniósł je zapomniany dziś filozof kontestacji Herbert Marcuse: jego zdaniem młodzi instynktownie biorą stronę ludzkiej natury w jej odwiecznym konflikcie z cywilizacją przemysłową. Ponieważ klasa robotnicza „zburżuazyjniała” rewolucji może dokonać tylko niezepsuta młodzież. W 1969 r. trockistowska IV Międzynarodówka uznała młodzież za sól ziemi a ruchy studenckie za „zasadniczy czynnik przemian rewolucyjnych na całym świecie”. Jeszcze bardziej schlebiał młodzieży Mao Tse-tung mówiący: „Świat należy do was. Przyszłość Chin należy do was”. Członek politbiura KPCh Czang Cz’un-c’iao posuwał się do stwierdzenia, że „Chuligani - to dzielni ludzie, w czasie wojny będą mężni”.

To właśnie w maoistowskich Chinach przeprowadzony został największy eksperyment z udziałem młodego pokolenia: Wielka Proletariacka Rewolucja Kulturalna. Młodzież wychowana była w bezgranicznym uwielbieniu dla przewodniczącego Mao. Jeden z młodych Chińczyków napisał: „Tak jak w społeczeństwie istnieją klasy, nie było nigdy miłości bez przyczyny. Miłość matki nie jest wyjątkiem. Dowolny rodzaj miłości nosi klasowy charakter. [...] tymi, którzy mnie rzeczywiście kochają - są Partia i Przewodniczący Mao”. Mao wykorzystał młodzież, by uderzyć w niechętny sobie aparat partyjny. 26 lipca 1966 r. zamknięte zostały wszystkich szkoły średnie i wyższe a „gazetki wielkich liter” wezwały uczniów i studentów do krytykowania nauczycieli, urzędników, rodziców. „[...] już blisko głównego wejścia do szkoły usłyszeliśmy krzyki i wycie. Kilku kolegów z klasy pędziło w naszą stronę, krzycząc z całych sił: - Rozpoczęła się walka! - Wbiegłem do środka. Na boisku [...] zobaczyłem profesorów, czterdziestu lub pięćdziesięciu, ustawionych w szeregu; głowy i twarze pomalowano im czarnym tuszem...” Ślepo wierzący Przewodniczącemu nastolatkowie uformowali tysiące oddziałów Czerwonej Gwardii (Hong Wei Ping). Czternastoletni podówczas czerwonogwardzista wspominał: „Byliśmy młodzi. Byliśmy fanatyczni. Wierzyliśmy, że przewodniczący Mao jest wielki, [...] że jest uosobieniem prawdy. [...] Zdawało się nam, że [...] ponieważ jesteśmy rewolucjonistami Mao, to możemy rozwiązać każdy problem...” Chiny pogrążyły się w otchłani wojny domowej, której ofiarami stali się w końcu sami hunwejbini.

Nie tylko młodzież wykorzystywana jest do prowadzenia walki zbrojnej, ale nawet dzieci. W nikaraguańskiej Esteli po stronie sandinistowskich rebeliantów walczyli nawet ośmiolatkowie. Jedna ze światowych agencji przekazała opowieść lekarza, który bandażował malcowi zranioną rękę: chłopczyk nie pozwolił sobie ani na chwilę odebrać pistoletu i zaraz po opatrunku wrócił na barykadę.

Anna Bukowska w swej książce „Palestyńczycy - ich życie i walka” opisywała: „Na placu ćwiczeń w obozie pod Damaszkiem powiewa narodowa flaga Palestyny - czerwony trójkąt i trzy pasy: czarny, biały, zielony. Odbywają tu ćwiczenia wojskowe chłopcy od 8 do 14 lat. [...] Przyglądam się tym drobnym postaciom w mundurach partyzanckich, jak maszerując skandując: „Fath - Asifa”; jak ćwiczą trudny ‘tygrysi skok’; jak skaczą przez płonącą obręcz; jak uczą się walki dżudo, by wreszcie dostąpić najwyższego wtajemniczenia i ująć karabin. Ćwiczą z przejęciem, z pasją. To nie jest zabawa, lecz przygotowanie do walki”. Nie zdziwi nas więc opowieść socjologa Bassama Sirhana, jak do kwatery jednej z organizacji bojowych w obozie dla uchodźców Libanie weszło trzyletnie dziecko. Podeszło prosto do jednego z fedainów i powiedziało: „Ja chcę kałasznikowa”. Fedain roześmiał się, położył swego kałasznikowa na podłodze i powiedział: „Weź go, jeżeli dasz radę”. Dziecko robiło rozpaczliwe wysiłki, ale nie mogło unieść z ziemi karabinu. Fedain podniósł dzieciaka i ucałował. „Idź do domu i wracaj, jak wyrośniesz”. „Ja nie chcę iść do domu” - odparł chłopczyk - „ja chcę zostać z tobą”.

Palestyńczycy nie są wyjątkiem. W Trzecim Świecie dzieci powszechnie wykorzystuje się na wojnie. Dlaczego?! Wojciech Giełżyński („Rewolucja w imię Augusta Sandino”) wyjaśniał: „W partyzantce nie ma lepszych wojowników niż dzieci. Małe toto, zwinne, trudno trafić... Dziecko nie boi się, bo nie ma wyobrażenia śmierci, a zajadłe - strasznie; i strasznie się cieszy, gdy zetnie Dużego. Dziecko nie waha się, kiedy otworzyć ogień, tylko naciska spust. Gdy jest zmęczone, głodne, to najwyżej chlipie po cichutku, ale oddziału nie opuści, bo chce pokazać, że nie jest dzieckiem - a na dowódcę patrzy jak w obraz. Najważniejsze, że dziecku nie potrzeba munduru, butów, całego tego wojennego oprzyrządowania, wystarcza majteczki, karabin i paczka naboi, nawet koszula zbędna. Zjada mało i byle co. Dziecko nie obciąża sys-temu logistyki, a bojowo jest maksymalnie wydajne.”

Jest jednak też inna przyczyna, którą najwyraźniej widać było w rządzonej przez Pol Pota „Demokratycznej Kampuczy”... Wszyscy świadkowie potwierdzają, że żołnierze Czerwonych Khmerów byli bardzo młodzi. Wcielano ich już w wieku dwunastu lat, czasem nawet wcześniej. Wśród strażników obalonego króla Sihanouka były dzieci zabawiające się torturowaniem kotów. Zwerbowane do wojska dzieci traciły wszelki kontakt z rodziną i swoją wioską. Żyjąc w koszarach, odcięte od ludzi (którzy zresztą się ich bali), obsypywane honorami przez władze - były przekonane, że wszystko im wolno, że „mogą nie pracować i zabijać ludzi”. Jeden ze świadków wspominał: „Brali je w bardzo młodym wieku i uczyli wyłącznie dyscypliny. Tylko posłuszeństwa wobec rozkazów, bez zbędnych wyjaśnień. [...] Nie wierzyli ani w religię, ani w tradycję, słuchali jedynie rozkazów Czerwonych Khmerów. Dlatego zabijali własnych rodaków, nawet niemowlęta, jakby tłukli komary”.

Pol Pot opanowany był obsesją stworzenia doskonale egalitarnego Nowego Społeczeństwa. Do jego budowy nadawali się wyłącznie ludzie młodzi, nieskażeni przeszłością. Nowe Społeczeństwo mogło jednak tylko wyżywić, jak obliczono, najwyżej 4,5 miliona ludzi. Ludność Kambodży liczyła o 4 miliony za dużo. Tą nadwyżkę -wszystkich zamożnych, wykształconych, dorosłych - postanowiono zgładzić. Eksterminacja dokonywała się wszędzie. Szkoły zostały zamienione na katownie; największą grozę budziła ta w liceum Tourl Soay Prey. Trudno o wymowniejszy symbol tej przygody młodości z ekstremizmem.


Skoczek Spadochronowy Służb Ochrony
Europejskie Centrum Analiz Geopolitycznych