Święto 6 Brygady Powietrznodesantowej w Krakowie

Nawet gołym okiem widać, że "Czerwone Berety" lata świetności mają już za sobą i po ponad 50 latach przestały być elitarną jednostką WP. Teraz, gdy zapanowała moda na lepiej promujących się i doinwestowanych specjalsów, spadochroniarze (także na własne życzenie) zaczęli być traktowani jak zwykła piechota tyle, że okazjonalnie skacząca ze spadochronem. Sytuacji nie poprawia okoliczność (wynikająca prawdopodobnie z tej polityki postrzegania 6 Brygady jako zwykłej, lekkiej piechoty) gdy na stanowiska dowódcze są delegowani oficerowie niewiele mający wspólnego z wojskami powietrznodesantowymi. Nie dość więc, że profesjonalistów - desantowców jak na lekarstwo, to równocześnie upadają obyczaje, fantazja spadochroniarska i półwieczna tradycja, przekazywana dotychczas pokoleniowo, których nie znają, nie czują i o które nie dbają niezasymilowani, przypadkowi oficerowie, do tej pory najczęściej chodzący w zielonych beretach piechoty, traktujący służbę w wojskach powietrznodesantowych wyłącznie jako etap przejściowy na ścieżce kariery, jako ucieczkę z rodziną do dużego, cywilizowanego garnizonu, tudzież formę poprawienia CV. Żeby tego kataklizmu było mało, to jeszcze obecny dowódca – tylko teoretycznie piechociniec, bo z doświadczeniem zawodowym głównie tyłowym, w szkółkach pancernych i sztabach, spotyka się z widocznym ostracyzmem Krakówka, podwładnych, byłych spadochroniarzy i kolegów w mundurach. Zwyczajnie, coś go w Krakówku nie lubią. Ten brak sympatii przełożył się w sposób widoczny m.in. na nie uczestnictwo w święcie Brygady prominentnych person ze świata polityki, kultury i wojskowości. Poza kilkoma tradycyjnymi bywalcami tej imprezy, święta spadochroniarzy nie uświetnił nikt szczególnie ważny, tylko wyłącznie drugi a nawet trzeci garnitur zaproszonych gości. W kuluarach komentowano tą okoliczność bardziej prosto: „on jest nie Nasz”, z typowym dla Krakusów wyrazem solidarnej niechęci dla przysyłanych z zewnątrz na Małopolską ziemię protegowanych z nadania Warszawki.

Generalnie (i subiektywnie, ale mając blisko 30 letnią skalę porównawczą) oceniając święto stwierdzam, że było mdło, smutno, ponuro oraz "bez nabiału". Skoki pokazowe realizowane przez kilku niedobitków spośród żołnierzy z plutonu wyczynowego, który swoim niezrozumiałym rozkazem gen. Joks rozpędził wcześniej złośliwie na cztery wiatry, były tak banalnie zwyczajne, że aż turystyczne, czyli po prostu nudne. Dobre może na plenerową zabawę u Sołtysa albo jakieś prowincjonalne wesele, ale niestety odstając zdecydowanie od światowego poziomu ewolucji w przestrzeni, do jakich przyzwyczaili w latach poprzednich swoich gości, żołnierze plutonu wyczynowego. "Pokaz" zdobycia obiektu w wykonaniu jakiegoś plutonu piechoty, był przeprowadzony bez pomysłu, sztampowo, mało widowiskowo i na dużo niższym poziomie, gdy podobne akcje realizowały na innych pokazach (w końcu amatorzy!) jednostki "Strzelca". Czasami jednak bawił (gdy np. "likwidowano" wartowników atakowanego obiektu, bynajmniej nie używając tłumików, tylko pełną salwą, albo nie sprawdzając podejścia pod względem pułapek minerskich czy chemicznych), więc przynajmniej nie było smutno. Podobnie jak podczas nerwowej konferansjerki opisującego poszczególne fazy zadania stremowanego oficera. Negatywnego obrazu imprezki dopełniał bałagan organizacyjny, w którym rej wodził jeden młodszy chorąży z radiotelefonem (Okrzyknięty spontanicznie „Mikserem”), podobno specjalista od ochrony tej jednostki, który mnie, osobę od lat zajmującą się bezpieczeństwem, zwyczajnie rozwalił swoim „profesjonalizmem” (Poza wprowadzaniem nieustającego chaosu na drodze do placu apelowego, i wydawaniu sprzecznych i co rusz odwoływanych poleceń tworzącym kordon szeregowym, młodszy chorąży nie wiedzieć czemu, akurat mojej skromnej osobie, zabronił robienia zdjęć, chociaż wszyscy wokoło trzaskali fotki wszędzie i wszystkim, czym dysponowali. To jakaś ofiara nepotyzmu w armii, której przez pomyłkę przełożeni raz pozwolili wyjść z ukrycia i dali złudne przekonanie o własnej wielkości, przez co pan młodszy chorąży na wyrost poczuł się ważny, czy braki kadrowe? A może to obecnie standard w Brygadzie? Poziom bezpieczeństwa pod takim nadzorem, to już na pewno, jak mniemam, poziom Pentagonu).

Wybierając jako przykładowe, jedno z wielu smutnych spostrzeżeń podczas tej imprezy, wspomnę tylko o incydencie, podczas którego Pan płk. Jan Maliborski, były z-ca dcy 6 Dywizji ds. linowych, został zawrócony sprzed sektora przed trybuną i delegowany do sektora dla gawiedzi, bo szeregowy którego tam postawiono (co zresztą nie było jego winą), zwyczajnie go nie znał. Czy to tak trudno pomyśleć i w takim miejscu postawić kogoś lepiej zorientowanego w historii Brygady (np. z ZPS-u) do wsparcia kierowania ruchem osobowym ?

Na koniec, żeby nie było, że uprawiam tylko krytykanctwo a nie zdrową, konstruktywną krytykę, dodam słów kilka o zaobserwowanych pozytywach. Mało ich było, ale jeden podkreślę. Bardzo duże zaangażowanie żołnierzy, w prezentacji wystawionego sprzętu będącego na wyposażeniu Brygady. Od żołnierzy prezentujących Brygadową artylerię, poprzez saperów, chemików oraz przeciwlotników. Nigdzie nie dostrzegłem znudzenia, tylko pełne zaangażowanie i wszędzie na zadawane pytania udzielano mi przyjaźnie wyczerpujących, rzeczowych i precyzyjnych odpowiedzi.

Podsumowując. Nie wiem do końca, dla kogo zorganizowano tegoroczne święto? Jeśli celem promocji i kreowania wizerunku dowódcy - prawdziwego, twardego komandosa ze stali, to zdecydowanie nie wyszło. Jedyny znany mi generał ze stali, to Pan generał Jerzy Gut - reprezentujący poziom ekstraklasy przy tej lidze okręgowej. Dla piechoty w beretach koloru bordo pewnie też nie, bo wyraźnie nie interesowała jej celebracja święta, z którym chyba nawet większość się nie utożsamiała, tylko darmowa micha na którą z refleksem, prewencyjnie rzuciła się jeszcze przed zakończeniem oficjalnych uroczystości na placu i tradycyjnie jakieś dziewczyny... Dla kogo więc było to spotkanie sponsorowane przez budżet MON, nie potrafię odpowiedzieć? W mojej, subiektywnej ocenie, zdecydowanie nie dla byłej kadry tej jednostki, to akurat więcej niż pewne. Dla nielicznych weteranów, poza tradycyjnie dobrą grochówką, nic tam szczególnego nie było. A i zupka konsumowana w takich mało przyjaznych warunkach, nie była tak dobra jak kiedyś, pozostawał niesmak...

Krzyś Witulski

Ps. Jeśli w "Czerwonych beretach" wszystko będzie szło w takim kierunku jak obecnie, to jeden smutny wniosek z którego pewnie skorzysta rywalizująca w walce o przetrwanie kawaleria powietrzna, nasuwa się sam. Prorokuję nieodległą zmianę nieuzasadnionej nazwy "spadochroniarze" na nazwę "piechota samolotowo - śmigłowcowa". Będzie zdecydowanie bardziej uczciwie... To określenie będące bardziej szeroką formułą, pozwoli kadrze wyżej ustawionej w wyścigu gryzoni - umieszczać w szeregach 6 BPD (nieustająco dla dobra ojczyzny) na stanowiskach dowódczych, jeszcze więcej ciekawych osobowości żołnierskich, robiących potem za „komandosów”, tym razem już z wszystkich rodzajów wojsk. Podążając w tym (jedynie słusznym) kierunku, będziemy mieli tym sposobem najbardziej tęczową jednostkę w całym Wojsku Polskim, a być może i w całych siłach NATO. A już na pewno najbardziej Multi Kulti.

WK

Epilog
W poniedziałek, trzy dni po omawianym wydarzeniu, wszystkie media w Polsce podały jako informację dnia, że na podkrakowskim lotnisku w Pobiedniku Wielkim, razem z naszymi żołnierzami skakał w tandemie obecny ambasador USA w Polsce. Pomijając tradycyjne wazeliniarstwo naszych sołdatów, gotowych bynajmniej nie za swoje pieniądze, tylko podatników (co jest dla mnie skandalem) dopieścić na kredyt każdego pejsatego urzędnika made in USA, najciekawszą informacją była ta, że panu ambasadorowi podczas wykonywania „skoku”, jako pasażer sąsiedniego tandemu „asystował” nie kto inny, tylko sam dowódca 6 Brygady pan generał Adam Joks, co jest pierwszym takim odnotowanym przypadkiem, w ponad 50 letniej historii istnienia „Czerwonych Beretów”. I nie chodzi tu bynajmniej o wiernopoddańcze gesty wobec namiestnika aktualnych „sojuszników”. W kontekście odbytego dzień wcześniej, takiego samego skoku wykonanego przez 94 letniego Cichociemnego Aleksandra Tarnawskiego, skaczącego w tandemie z żołnierzem GROM, „ekstremalne” wyczyny podwieszonego do tandem pilota dowódcy 6 BPD, na pewno jeszcze długo będą tematem anegdot przy poligonowych ogniskach. Jakikolwiek komentarz w tej sytuacji wydaje się zbyteczny, ale dla wyjaśnienia osobom nie skaczącym dopowiem tylko, że na organizowanych przez naszą redakcję szkoleniach spadochronowych (Zdobywanie odznaki Skoczka Spadochronowego Służb Ochrony) samodzielne skoki wykonują w dużych grupach już 16 letnie dziewczęta i chłopcy i nikt z nich nawet nie pomyśli o tandemach, bo taka forma atakowania przestworzy to dla nich zwyczajny obciach, do którego wstyd się potem przyznawać…